Dziś jest jeden z tych trzech dni w roku, kiedy dzwonek do drzwi pracuje na pełnych obrotach. Co kilka, może kilkanaście minut, z zapałem i absolutnym brakiem cierpliwości, wciskają go kolędujące dzieci. Nie ma zmiłuj – nawet jeśli udasz, że nie ma cię w domu, oni wiedzą swoje.
Monety? Już dawno się skończyły. Greckie portfele opróżniły się z drobnych tydzień temu, a trzeba było jeszcze zasilić automaty do gier na jarmarku świątecznym i opłacić karuzelę. Więc zaczyna się misja „rozmiana”: kupowanie wody w kioskach po 50 centów, żeby w końcu zdobyć upragnione drobniaki.
Mój fryzjer, który dziś przeżywa prawdziwe oblężenie, mówi, że właściciele firm mają najgorzej. Sklepy, warsztaty, salony fryzjerskie – tam kolędnicy wpadają dużo chętniej niż do prywatnych domów. Bo po co się dobijać do furtki, skoro można wejść od razu i nie ryzykować pocałowania klamki?
Ale najciekawsze jest to, że większość tych „małych śpiewaków” to wcale nie greckie dzieciaki, a cygańskie. I to nie byle jak zorganizowane! Przychodzą w szóstkę, ale żeby nie wzbudzać podejrzeń, dzielą się na dwójki. Pierwsza para śpiewa, dostaje monety, wychodzi. Chwilę później – kolejna. I tak w kółko. A po trzech godzinach… wracają te same twarze, jak gdyby nigdy nic! Tylko repertuar ten sam. Interes się kręci.
A wiesz, jak dawniej wynagradzano kolędników? Oliwą! Dzieci dostawały oliwę zamiast pieniędzy. Kolędować szło się z lejkiem i kanistrem. Może warto wrócić do tradycji? Ciekawe, jaka byłaby ich reakcja na litr extra virgin zamiast drobniaków. 😆 Biorąc pod uwagę cenę oliwy, mogłoby się okazać, że to dużo lepszy interes.